how Julia bought her first thing in the Netherlands and what was it

Well, it was a bike. Which is, I believe, the most iconic thing you will find in the Netherlands. You can be without a flat – as I was for quite a long time – but you can’t be without a bike. And there are plenty of other reasons to get one.

 

* * *

 

czyli jak kupiłam swoją pierwszą rzecz w Holandii i co to było

Moją przeprowadzkę do Rotterdamu zaczęłam od braku mieszkania, a co za tym idzie, nieustannych przeprowadzek. Z pewnością byłby to dobry początek, gdybym wybierała się na gap year i spontaniczną podróż dookoła świata, no ale cóż… nie wybierałam się. Za to przez pierwszy miesiąc nic tylko przeprowadzałam się z miejsca na miejsce taszcząc za sobą 25 kilogramową torbę (która w Ryanairze uchodziła za 10 kg bagaż podręczny, chociaż zdecydowanie nim nie była… ) Ale zostawmy mieszkanie. Bo w Holandii można nie mieć mieszkania – o czym się przekonałam – ale roweru? W Holandii nie można nie mieć roweru. To po prostu nie wypada.

**zjedź w dół, żeby przeczytać po polsku:)

bike2

The first alone is quite convincing. The everyday use of public transport is extremely expensive. Well done if you are a student – there are no discounts! Unless you are Dutch… then it’s for free.

The second reason is that biking is just the easiest way of getting from point A to B. There are no limitations – the bike roads are everywhere and you can always drop your bike wherever you want. Which in fact everybody does. You will find bikes spread all the way around in the city. The Dutch seem to be quite careless about them – no wonder/surprise that a bike fishing (the disposal of bikes from the canal bed) has to take place that often.

Back to the story.

The third reason. There’s no better country to cycle than the Netherlands. Bike paths are literally everywhere and are well-connected to the far side of the city. Even getting from city to city has never been easier- there’s a road all the way from Rotterdam through Delft to the Hague. And, if there is anything unusual going on – reconstructions or a car accident – signs will guide you through the whole detour. People tend to say it used to be safer here… but I still believe it’s the safest country for biking.

So, convinced by these three – but to be fair, it wasn’t too hard to convince me as yet I didn’t even have my own bed to sleep on – I really wanted to have my first anything, at least a bike to ride on. So there it was – the simplest granny bike, looking far better on the picture than in real life, but waiting for me.

I found it in a typical local Facebook group where thousands of worn out things are being offered– from useless crap to some really good cheap deals. As I said, I was quite desperate at this point. I didn’t really put any thoughts into it, I recklessly wrote back on one of the first beauties that came across. We agreed on a deal for 65 euros which seemed to be satisfying as the prices are usually between 45 – 80.

And being smart and prepared I bought even a proper lock on my way there in the case once some lunatic would come up with the crazy idea of stealing it.

And there it was – my very ugly black bike standing at the Boergoensestraat – where at that point I had the same Airbnb for even 5 days in a row-  and me – staring at it proudly not knowing by this time that soon I will have to invest double its worth in the reparations. It might have been love at first sight but we were not supposed to live happily ever after. So I finally had my own Dutch bike which surprisingly it came without any gears. That was a bit of a struggle at the beginning, especially that the chain still kept falling off.

Well, I didn’t even manage to clean it before it broke for the first time. The chain fell off in the middle of the busiest bridge in Rotterdam with all the bikers ringing on me, annoyed that I’m using place on the road and not being able to deal with my stupid problem. Luckily some helpful guy (thank you if by any chance you are reading this!) stopped and fixed it in less than a minute for me. Soon afterwards it turned out to be a very useful skill because the chain fell off again. And then it had been repeating over and over again – approximately twice every 2 kilometres until I decided that it had been enough.  The rusty chain served long enough and needs to be replaced with a shining new silver one. But that was until they told me it costs 30 euros. Then I decided I actually like vintage things so why change it? Fixing it for 15 is definitely enough. And so I could cycle again happily through the lovely streets of the city. Until. Until I got hit by a car. Okay, me less, the bike more. My front wheel deformed and looked quite surrealistic and no doubts it was the most unique in the whole Netherlands. I would have even kept it like this … if it was not that I couldn’t ride with it anymore. Unlucky… So I had to get a new one – explaining the man in the shop that I need a new tire which he answered – dude, I think you need a whole new wheel!!!  So I got a new wheel. And a tire (he said it was included).

Not much later, still enjoying my new wheel – which was also second hand  It happened again, this time my back tire got completely flat. But as we were on the way to the cinema – and late of course – I kept biking which also destroyed the wheel. I left it where it broke and the next day it turned out it’s right in front of my favourite bike shop where I usually go only for window shopping. Well, this time it was not the only window and I also had to spend inside. with my dreamy Crema bikes to which I’m always blinking. Anyway, this time I invested 40 euros in a piece of brand new equipment.

To sum it up, my bike – up to this time should be valued at least 145 euro on the market… The worst price to quality ratio you can meet in Rotterdam. See you on the road!

 

 * * *

 

Powodów, dla których warto w niego zainwestować  (lub jak ja – przepłacić) jest kilka.

Po pierwsze wszyscy mają rower. A jak wszyscy, to ja też chcę.

Poza tym, już bardziej poważnie, dość przekonujący jest czynnik ekonomiczny. Czyli mam tu na myśli, że jeśli ktoś zdecyduje się na transport publiczny, to ceny są, no cóż, delikatnie mówiąc – dość wysokie. Zwłaszcza jeśli będziemy zmuszeni korzystać z niego codziennie.

Poza tym nie ma lepszego kraju do jazdy na rowerze niż Holandia. Ścieżki rowerowe są dosłownie wszędzie. Do tego stopnia, że będąc pieszym częściej trzeba uważać, żeby nie przejechał nas rower, niż samochód. Poza tym: każdy punkt miasta jest z sobą doskonale skomunikowany, nawet ten najdalszy. Nawet połączenia międzymiastowe działają lepiej niż u nas PKS (prawie 30 kilometrowy dystans pomiędzy miastami Haga – Delft – Rotterdam można cały pokonać nie zjeżdżając ze ścieżki rowerowej). A jeśli na drodze coś się dzieje- remont albo wypadek- to zawsze będą kierunkowskazy, które tak dobrze poprowadzą przez cały objazd, że niemalże można by to robić z zamkniętymi oczami. Gdyby nie to, że na te kierunkowskazy trzeba patrzeć…

Jako że nie miałam gdzie mieszkać, to chciałam mieć chociaż coś na czym bym mogła się przemieszczać pomiędzy tymi moimi nie-mieszkaniami.

Byłam dość zdesperowana i nie zastanawiałam się nad moim wyborem specjalnie długo i rozważywszy wszystkie za i przeciw (których nie było), kupiłam rower. Kryteria były proste – ma być damka i ma mieć koszyk. Zdecydowałam się na jeden z pierwszych, które znalazłam – i który nie miał koszyka – i dobiłam świetnego targu za 65 euro. Ceny wahają się między 45 a 80, więc wydawało się to być dość uczciwe ( w przeciwieństwie do sprzedawcy, ale w to nie chciałam wnikać).

Zaparkowałam dumnie swój wehikuł na Boergoensestraat, gdzie wtedy mieszkałam i od razu poszłam do sklepu, żeby zabezpieczyć się przed kradzieżą. Okazyjnie za piątaka kupiłam łańcuch, na wypadek, gdyby jakiś wariat postanowił ukraść ten zardzewiały rupieć  – i tacy się zdarzają.

Następnego dnia rozpoczęliśmy razem wspólne przygody nie wiedząc jeszcze, co nas czeka. Może zresztą rower wiedział. Natomiast ja z pewnością tego wszystkiego się nie spodziewałam.

Pierwszą rzeczą, która się zepsuła, był łańcuch. Nie obyło się z reztą bez momentu zaskoczenia, bo kiedy beztrosko przemierzałam sobie jeden z mostów Rotterdamu, podziwiając widok po obu stronach rzeki, usłyszałam łupnięcie. Rower dostał nagłego przyspieszenia, ale po chwili, okazało się, że w zasadzie to tylko pedały zaczęły kręcić się z prędkością światła, natomiast sam rower powoli zwalniał. Spadł mi łańcuch. Niestety łączy się to też z tym, że nie da się zahamować. Jechałam więc dalej, czekając, gdzie też mnie poniesie. A poniosło mnie do sklepu rowerowego, gdzie wydałam 15 euro na swoją pierwszą naprawę. Jednak zanim to się stało, nauczyłam się naprawiać łańcuch, bo ten spadał średnio raz na odcinku jednego kilometra. Z naprawionym łańcuchem mogłam znów beztrosko przemierzać płaskie drogi Holandii do momentu, aż w przednie koło nie wjechał mi samochód. Przetoczył się przez nie, a ja tylko stałam i patrzyłam, jak w zwolnionym tempie jego masywne opony wyginają moje bezbronne biedne przednie koło we wszystkie strony świata lub też Holandii. Rower po zajściu wyglądał dość surrealistycznie i z pewnością drugi taki trudno było znaleźć, ale niestety trudno i było na nim jeździć. Okazało się, że muszę kupić nowe koło, co miało kosztować dość sporo. Przekalkulowałam i stwierdziłam, że używane też jest okej. W zasadzie vintydż jest teraz modne, więc może i dobrze się stało.

I z powrotem mogłam beztrosko przemierzać Rotterdam, ale nabrałam już pewnych podejrzeń i nie zaskoczyło mnie, kiedy kilka dni później złapałam flaka. Nie zraziło mnie to jednak i dzielnie jechałam dalej, bo przecież spieszyłam się do kina! Zaowocowało to zniszczeniem się nie tylko opony, ale i samego koła. Tym razem zainwestowałam w nowe, ale nawet tak bardzo się tym nie zmartwiłam, bo rower postanowił się zepsuć przed moim ulubionym sklepem, więc mogłam do woli napatrzeć się na moje ulubione rowery Crema, podczas kiedy mój był naprawiany. Szczęśliwa odjechałam zostawiając kolejne 40 euro.

Była to ostatnia z napraw, ale z niecierpliwością czekam na kolejne. Łańcuch znów się obluzowuje, więc jest nadzieja. Zardzewiał też trochę łańcuch pilnujący największego rupiecia w Holandii, który dzięki swoim naprawom osiągnął już cenę wyższą niż niejedna nówka-sztuka-nieśmigana . Jeśli usłyszycie rumor ciężko przesuwającej się zębatki i brzęk metalowych części, to znaczy, że nadjeżdżam ja. Ale w zasadzie, może być, że nie nadjadę, bo akurat spadnie mi łańcuch.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s